Ktoś kiedyś powiedział, że pieniądze leżą na ulicy, wystarczy się po nie schylić. Inny zaś dodał, że samochody to skarbonki na kółkach. Niemieccy politycy odpowiedzialni za budżety na poziomie federalnym i krajów związkowych wzięli sobie do serca te dwa powiedzenia, twierdząc, że miliony skarbonek jeździ każdego dnia po niemieckich drogach. W dobie ciągłego kryzysu finansowego, dziurawego budżetu i innych plag, trapiących naszych rządzących, postanowili oni, po raz kolejny, sięgnąć do kieszeni podatków i wyciągnąć kilka monet na potrzeby „rozbudowy infrastruktury drogowej". Wiele osób odwiedzających lub przejeżdżających przez teren naszych zachodnich sąsiadów pamięta zapewne z jakim opóźnieniem i zamieszaniem w latach 2003-2005 wprowadzono tam opłaty drogowe (myto) na samochody ciężarowe. W Polsce nie mamy z tym problemu, gdyż płacić trzeba a autostrad jak na lekarstwo. Nie o tym jednakże miało być.
Do płacenia myta na samochody ciężarowe, o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 12 ton, wszyscy się już przyzwyczaili. Rocznie kilka miliardów euro zasila federalny budżet Niemiec. W roku 2010, po uwzględnieniu kosztów obsługi systemu poboru opłat i refundacji wyżpłacanych niemieckim przewoźnikom, około 3,5 miliardów euro wpłynęło do kasy państwa, przy czym całkowite nakłady na infrastrukturę drogową, znajdującą się w gestii administracji federalnej, wyniosły niecałe 5 miliardów euro. Coraz częściej słychać więc głosy polityków z prawej i lewej strony sceny politycznej, które domagają się wprowadzenia myta na wszystkie pojazdy samochodowe poruszające się nie tylko po autostradach ale i również po drogach szybkiego ruchu.
